środa, 1 czerwca 2016

Poród w Szwajcarii

Skoro było o ciąży, to będzie i o porodzie.

Po pierwszym porodzie, który traumą nie był, ale było mu też daleko do porodu marzeń (marzyłam o porodzie domowym), jedną z pierwszych rzeczy, które zaczęłam przeszukiwać w Szwajcarii były szpitale i domy narodzin... wtedy jeszcze myślałam, że drugie dziecko przyjdzie tak łatwo jak pierwsze.

Niemal od samego początku wiedziałam, że będę rodziła w szpitalu Paracelsus w Richterswil, który słynie z bycia najbardziej naturalnym w okolicy. Miałam chwilę zawahania, kiedy wybieraliśmy ubezpieczenie czy przypadkiem nie kupić najlepszego ubezpieczenia i nie rodzić w prywatnej klinice, ale pozostałam bliska ideałom eko-sreko.

Termin porodu (i taki właściwy i na cc) miałam na 10 maja, a do 8 maja mieliśmy w gościach rodziców Michała. Z całą sympatią dla moich naprawdę fajnych teściów ale chciałam być sama na czas porodu, nie chciałam żadnych gości (przez chwilę rozważałam tylko przylot koleżanki, żeby poszła ze mną na cc, jak Michał miał jeszcze wątpliwości czy on to zniesie), chciałam aby ta chwila pozostała tak tylko w najbliższej rodzinie, chiałam ją egoistycznie mieć tylko dla siebie. Psychika ludzka posiada talenty bezgraniczne, moja wstrzymała dziecko w macicy do wyjazdu gości - literalnie. Teściowie mieli samolot bodaj o 10 rano, a moja akcja zaczęła się rozkręcać o 17:) Ponieważ początki były mało rozpraszające prowadziłam w dalszym ciągu normalne życie, aż do niedzieli 4 rano, kiedy wzięłam prysznic i powiedziałam, że to chyba już dziś.

Rano zadzwoniłam do położnej spytać czy przyjeżdżać czy może dopiero ma 10 na rozmowę? Ale kazały przyjechać już z torbą. Zaczęłam więc myśleć co zrobić ze Stasiem, czy przenieść Jokertaga na poniedziałek czy puścić Stasia do przedszkola. Wybraliśmy opcję taką, że Staś idzie do przedszkola, następnie wraca do sąsiadki i tam czeka na naszego kolegę Szymona i z jego rodziną zostaje aż do wtorku.

Tymczasem ja dotarłam do szpitala, jako osoba zakwalifikowana do cc dostałam salę z prysznicem, a nie z wanną. Dano mi cukierki pudrowe i jakieś zioło na skurcze, z zapewnieniem, że jak nie zadziała to mają więcej ziół. Zadzwonili do mojego lekarza, który powiedział, żeby mnie tak potrzymać do 12 i wtedy przyjedzie zrobić cc, chyba, że coś by się wymknęło spod kontroli to wołać go wcześniej.

Gdy nadchodził czas przewieziono mnie na salę operacyjną i od tej chwili zaczęły się największe różnice ze szpitalem polskim. Pan anestezjolog okazał się Polakiem - ok, to też tak jak w Polsce. Wszystko mi tłumaczyli co robią, po podaniu znieczulenia poczułam, że zaraz umrę - zaczęłam krzyczeć, że głowa mnie boli i chcę wymiotować (moja kochana koleżanka Kasia R. po fakcie powiedziała, że to spadek ciśnienia i odstawiłam wiochę), na szczęście szybko mnie odratowano:)

Michał siedział koło mnie (wiem, że w Polsce niektóre szpitale na to pozwalają), a lekarze robili swoje. Nagle zgasło światło, co mnie trochę wystraszyło, ale anestezjolog powiedział mi, że to tylko, żeby ograniczyć dziecku stres. Powiedział mi też, że wygląda na to, że mamy córkę, a ja się rozpłakałam. Ada trafiła od razu na mój brzuch, gdzie przytrzymywała ją położna. Położono ją na mnie bez ważenia ani mierzenia ani mycia. I w taki sposób we dwie leżałyśmy czekając na koniec. Po wszystkim chyba cały personel obecny na sali podszedł do mnie pogratulować, a niektórzy głaskali mnie mówiąc, że byłam bardzo dzielna.

W szpitalu była możliwość wykupienia sali rodzinnej i taką wykupiliśmy na pierwszą noc. Położne były cały czas do mojej dyspozycji. Co 15-30 minut ktoś przychodził pytać czy wszystko dobrze.
Dalsza naturalność szpitala objawiała się tym, że:

* Ada została zmierzona i zważona dopiero po zrobieniu pierwszej kupy,
* Ubranka były szpitalne i były tak słodko babciowe: kaftanik, pielucha, duża flanelowa pielucha na nogi, sweterek, skarpetki i sznureczek szydełkowy,


* Każde dziecko otrzymywało na czas pobytu w szpitalu ręcznie robione paputki,


* na wyposażeniu pokoju była komoda z pieluchami i ubrankami (co wiem nie jest codziennością nawet w prywatnych klinikach; zazwyczaj jest w innym pomieszczeniu), a pieluchy były do wyboru pampersy i wielorazowe (ale nie nowoczesne, tylko też w stylu babciowym, tetra i kawałek flaneli do owinięcia),

*przez cały pobyt w szpitalu Ada nie była myta, pierwszy raz została wykąpana mając 3 tygodnie (wydaje mi się, że w innych szpitalach dzieci myje się pod koniec pobytu),

* dziecko śpi z rodzicem w łóżku (w Polsce w szpitalu, w którym rodziłam był zakaz), ale do dyspozycji są takie oto łóżka, których używaliśmy do przewożenia,


* w normalnych szpitalach na ubezpieczeniu podstawowym maksimum osób na sali to 3, w tym szpitalu to 2, ale jeśli mogą to dają salę na wyłączność, co było bardzo wygodne, pobyć sobie sam na sam z Adencjuszem,

* na szpitalnym korytarzu jest szafa na wazony, które można brać i trzymać w nich kwiaty.

* oczywiście jedzenie, w tym szpitalu gotowane zgodnie z ich zasadami (jak się domyślam antropozoficznymi, bo taki to szpital); sądzę, że w prywatnej klinice może wyglądać nawet lepiej, ale porównując do polskich szpitali...
dziennie pacjent dostaje 5 posiłków - śniadanie, obiad, kolację i z każdym posiłkiem głównym przychodzi też przekąska (ciasto, jogurt, pieczywo itp.)




* dzieci nie są szczepione w szpitalu, ale to już wynika ze szwajcarskiego kalendarza szczepień,

* wychodząc ze szpitala otrzymałyśmy z Adą kartkę pamiątkową podpisaną przez moją lekarkę i położną,

* przy wejściu do szpitala zawsze jest lista dzieci urodzonych w ostatnich dniach

Wspaniałości w szpitalu było więcej; niewykluczone, że będę stopniowo dopisywała jak mi się coś przypomni. I z całą pewnością jeśli miałabym rodzić ponownie, to tylko tam!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza