niedziela, 8 września 2013

Święto dobrej zabawy

Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem i mieszkałam w Krakowie, każdego roku na Moście Grunwaldzkim rozkładało się wesołe miasteczko. Impreza trwała kilka dni, a dzieci i młodzież chlodzili tam z rodzicami pojeździć na karuzelach. Mniejsze wesołe mistaeczka rozbijały swoje obozy też na osiedlach. Było to urozmaicenie codziennego życia, ale nigdy nie osiągnęło takich rozmiarów jak w Szwajcarii.

Do dwóch tygodni wstecz nie zdarzyło mi się aktywnie odwiedzić Chilbi, choć oczywiście widziałam jak rozkładają cały majdan po to, by za trzy dni go złożyć i pojechać dalej. Czerwona lampka wskazująca na to, że Chilbi nie jest jedynie odpowiednikiem wesołego miasteczka przy Moście Grunwaldzkim zaświeciła mi się rok temu, kiedy pani pilnująca Stasia na świetlicy spytała mnie z entuzjazmem czy byłam na Chilbi, a nastepnie zdziwiona na mnie popatrzyła, gdy odparłam: "eeee, nieee".

W tym roku postanowiłam jednak odmienić życie swoje i Stanisława i wzięłam go w sama paszczę lwa.
Był poniedziałek, a w centrum naszej wioski były tłumy. Rozłożenie Chilbi dezorganizuje normalne życie, choć Szwajcarzy sobie z tym doskonale radzą. Sześć zatoczek autobusowych zostało skurczonych do jedynie dwóch, a na sam dworzec ciężko się było przedostać. Miejsca parkingowe przy dworcu okupowane były przez budki z jedzeniem, podobnie jak cała przystań.
Jest jednak coś, co sprawiło, że uwierzyłam w moc Chilbi...

Rano nie byłam w stanie kupić owoców w lokalnym warzywniaku, a na drzwiach do sklepu wisiały życzenia miłego Chilbiponiedziałku. Podobnie duże oczy musiałam zrobić, kiedy podobna kartka wisiała na bramie do sortowni śmieci!

Czy czujecie taką moc wesołego miasteczka? Czy wyobrażacie sobie, że w Waszym mieście w Polsce z powodu rozłożenia kilku karuzel i straganów infrastruktura miasta częsciowo zamiera?

Na zakończenie dwa zdjęcia





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza