piątek, 4 maja 2012

A na biegunie...

Czy był ktoś z Was kiedyś na biegunie? My niby nie, ale jak pokazały ostatnie tygodnie jeden z biegunów znajduje się niecałe dwie godziny drogi od nas i nazywa się Melchsee-Frutt. To tam w pewną niedzielę postanowił nas zabrać Michał. Był (ciepły) marzec, byliśmy my, był też samochód. Jechaliśmy w górę, z góry, autostradą i wąską drogą wiejską po to, aby zatrzymać się na zatłoczonym już parkingu.

Kupiliśmy bilet na kolejke linową (13,8 CHF bez zniżki), a ja miałam gacie pełne strachu, że kolejka się urwie i wszyscy marnie zginiemy. Okazało się jednak, że to jeszcze nie jest nas czas.

Na górze przywitała nas wioska. Znaleźliśmy szlak turystyczne i w taki oto sposób dotarliśmy do bieguna. Wyglądał mniej więcej tak:


Dla takich hojraków jak my żadne warunki nie są groźne. Postanowiliśmy iść dalej. Okazało się, że na biegunie można znaleźć także Kościół.





W naszym synu obudziły się zapędy do sportów ekstremalnych jak też chęć usamodzielnienia się od rodziców. Postanowił szukać szczęścia na własną rękę.


Oczywiście, jako odpowiedzialni rodzice nie pozwoliliśmy mu dołączyć się do plemienia Eskimosów i musiał  resztę wycieczki spędzić z nami.


Sam biegun okazał się być wysokogórską wioską narciarsko-wypoczynkową. Jest tam kilka tras narciarskich (zjazdowych i biegowych), restauracji, hotel i sklepy, w którym, jeśli wierzyć w gust Michała, mają bardzo dobry miód. Nie wiem jak długo utrzymuje się tam śnieg, ale z innego bloga wiem, że latem jest tam bardzo zielono, a szlaki turystyczne nadają się na wycieczkę z dziećmi (także wózkowymi).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza