wtorek, 9 października 2018

Felsenegg

Dawno temu, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Londynie popełniliśmy wielki błąd. Założyliśmy, że skoro będziemy mieszkać tam kilka lat, to wszystko zdążymy zwiedzić.
Pech (albo według Michała szczęście) chciał, że mieszkaliśmy tam  tylko 11 miesięcy i prawie nic nie zwiedziliśmy. Poza Londynem oczywiście. Byliśmy w Walii, w Oksfordzie i nawet nie jestem pewna czy jeszcze gdzieś.

Efekt jest taki, że od kilku lat raz w roku jesteśmy na Wyspach i albo zwiedzamy coś nowego albo powtarzamy jakiś staroć.

W każdym razie nie chciałabym popełnić tego samego błędu tutaj, choć możliwe, że jesteśmy na dobrej drodze. Aby jednak temu zaradzić wybraliśmy się ostatnio na wycieczkę na Felsenegg. Nie była to nasza pierwsza wycieczka tam, ale za to wędrowaliśmy inną trasą, niż zwykle. Wiedząc, że mamy na stanie dwulatkę wybraliśmy trasę łatwą, długą na ok. 3.5 km, bez większych wzniesień, którą spokojnie można zrobić w niewiele ponad godzinę. I wiecie - był to strzał w dziesiątkę; zbierała liście, biegała, aż na końcówce zasnęła.

Myślę, że trasa ta nadaje się na każda porę roku. 









Już bliżej końca stoi niebieska przyczepa. Jest otwarta. To sklep przydrożny, którego nikt nie pilnuje. Ale w tym sklepie nie kupimy owoców czy warzyw uprawianych przez właścicieli, a herbaty, filiżanki i dzbanki.





Początek i koniec pętli wypada przy restauracji Felsenegg i placu zabaw.

Na szczyt Felsenegg można wejść pieszo (szacowane wejście to 30 minut) albo wjechać kolejką linową. Przy stacji początkowej jest parking, ale słowo daję jest maleńki, zwłaszcza jak na tak oblegane miejsce jak Felsenegg. my przyjechaliśmy o 11 i zajęliśmy ostatnie wolne miejsce.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza