wtorek, 9 października 2018

Felsenegg

Dawno temu, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Londynie popełniliśmy wielki błąd. Założyliśmy, że skoro będziemy mieszkać tam kilka lat, to wszystko zdążymy zwiedzić.
Pech (albo według Michała szczęście) chciał, że mieszkaliśmy tam  tylko 11 miesięcy i prawie nic nie zwiedziliśmy. Poza Londynem oczywiście. Byliśmy w Walii, w Oksfordzie i nawet nie jestem pewna czy jeszcze gdzieś.

Efekt jest taki, że od kilku lat raz w roku jesteśmy na Wyspach i albo zwiedzamy coś nowego albo powtarzamy jakiś staroć.

W każdym razie nie chciałabym popełnić tego samego błędu tutaj, choć możliwe, że jesteśmy na dobrej drodze. Aby jednak temu zaradzić wybraliśmy się ostatnio na wycieczkę na Felsenegg. Nie była to nasza pierwsza wycieczka tam, ale za to wędrowaliśmy inną trasą, niż zwykle. Wiedząc, że mamy na stanie dwulatkę wybraliśmy trasę łatwą, długą na ok. 3.5 km, bez większych wzniesień, którą spokojnie można zrobić w niewiele ponad godzinę. I wiecie - był to strzał w dziesiątkę; zbierała liście, biegała, aż na końcówce zasnęła.

Myślę, że trasa ta nadaje się na każda porę roku. 









Już bliżej końca stoi niebieska przyczepa. Jest otwarta. To sklep przydrożny, którego nikt nie pilnuje. Ale w tym sklepie nie kupimy owoców czy warzyw uprawianych przez właścicieli, a herbaty, filiżanki i dzbanki.





Początek i koniec pętli wypada przy restauracji Felsenegg i placu zabaw.

Na szczyt Felsenegg można wejść pieszo (szacowane wejście to 30 minut) albo wjechać kolejką linową. Przy stacji początkowej jest parking, ale słowo daję jest maleńki, zwłaszcza jak na tak oblegane miejsce jak Felsenegg. my przyjechaliśmy o 11 i zajęliśmy ostatnie wolne miejsce.

piątek, 3 lutego 2017

Kontrole wzrostu i wagi u niemowlaka

Pamiętam, że kiedy mieszkałam jeszcze w Polsce, to musiałam ze Stasiem naprawdę często zasuwać do kontroli wzrostu i (zwłaszcza) wagi. Częściowo było to podyktowane słabymi przyrostami wagi, ale zdaje się, że w Polsce ogólnie tych kontroli jest więcej.

W Szwajcarii kontrole w pierwszym roku życia przypadają na: 
* pierwszy miesiąc życia
* drugi miesiąc życia (tu pierwsze szczepienia)
* czwarty miesiąc życia (szczepienie)
* pół roku (szczepienie)
* rok (szczepienie)

W międzyczasie można zaspokoić swoją ciekawość idąc do
Każdy kanton ma swoją stronę internetową instytucji, na której można wyszukać w jakich miastach można skorzystać z usług, jak też w jakie dni i godziny. Dla przykładu, u mnie w mieście otwarci są tylko przez dwie godziny w poniedziałki oraz przez półtorej godziny w dwa piątki w miesiącu. Nie za dużo, ale lepsze to niż nic!

środa, 1 czerwca 2016

Poród w Szwajcarii

Skoro było o ciąży, to będzie i o porodzie.

Po pierwszym porodzie, który traumą nie był, ale było mu też daleko do porodu marzeń (marzyłam o porodzie domowym), jedną z pierwszych rzeczy, które zaczęłam przeszukiwać w Szwajcarii były szpitale i domy narodzin... wtedy jeszcze myślałam, że drugie dziecko przyjdzie tak łatwo jak pierwsze.

Niemal od samego początku wiedziałam, że będę rodziła w szpitalu Paracelsus w Richterswil, który słynie z bycia najbardziej naturalnym w okolicy. Miałam chwilę zawahania, kiedy wybieraliśmy ubezpieczenie czy przypadkiem nie kupić najlepszego ubezpieczenia i nie rodzić w prywatnej klinice, ale pozostałam bliska ideałom eko-sreko.

Termin porodu (i taki właściwy i na cc) miałam na 10 maja, a do 8 maja mieliśmy w gościach rodziców Michała. Z całą sympatią dla moich naprawdę fajnych teściów ale chciałam być sama na czas porodu, nie chciałam żadnych gości (przez chwilę rozważałam tylko przylot koleżanki, żeby poszła ze mną na cc, jak Michał miał jeszcze wątpliwości czy on to zniesie), chciałam aby ta chwila pozostała tak tylko w najbliższej rodzinie, chiałam ją egoistycznie mieć tylko dla siebie. Psychika ludzka posiada talenty bezgraniczne, moja wstrzymała dziecko w macicy do wyjazdu gości - literalnie. Teściowie mieli samolot bodaj o 10 rano, a moja akcja zaczęła się rozkręcać o 17:) Ponieważ początki były mało rozpraszające prowadziłam w dalszym ciągu normalne życie, aż do niedzieli 4 rano, kiedy wzięłam prysznic i powiedziałam, że to chyba już dziś.

Rano zadzwoniłam do położnej spytać czy przyjeżdżać czy może dopiero ma 10 na rozmowę? Ale kazały przyjechać już z torbą. Zaczęłam więc myśleć co zrobić ze Stasiem, czy przenieść Jokertaga na poniedziałek czy puścić Stasia do przedszkola. Wybraliśmy opcję taką, że Staś idzie do przedszkola, następnie wraca do sąsiadki i tam czeka na naszego kolegę Szymona i z jego rodziną zostaje aż do wtorku.

Tymczasem ja dotarłam do szpitala, jako osoba zakwalifikowana do cc dostałam salę z prysznicem, a nie z wanną. Dano mi cukierki pudrowe i jakieś zioło na skurcze, z zapewnieniem, że jak nie zadziała to mają więcej ziół. Zadzwonili do mojego lekarza, który powiedział, żeby mnie tak potrzymać do 12 i wtedy przyjedzie zrobić cc, chyba, że coś by się wymknęło spod kontroli to wołać go wcześniej.

Gdy nadchodził czas przewieziono mnie na salę operacyjną i od tej chwili zaczęły się największe różnice ze szpitalem polskim. Pan anestezjolog okazał się Polakiem - ok, to też tak jak w Polsce. Wszystko mi tłumaczyli co robią, po podaniu znieczulenia poczułam, że zaraz umrę - zaczęłam krzyczeć, że głowa mnie boli i chcę wymiotować (moja kochana koleżanka Kasia R. po fakcie powiedziała, że to spadek ciśnienia i odstawiłam wiochę), na szczęście szybko mnie odratowano:)

Michał siedział koło mnie (wiem, że w Polsce niektóre szpitale na to pozwalają), a lekarze robili swoje. Nagle zgasło światło, co mnie trochę wystraszyło, ale anestezjolog powiedział mi, że to tylko, żeby ograniczyć dziecku stres. Powiedział mi też, że wygląda na to, że mamy córkę, a ja się rozpłakałam. Ada trafiła od razu na mój brzuch, gdzie przytrzymywała ją położna. Położono ją na mnie bez ważenia ani mierzenia ani mycia. I w taki sposób we dwie leżałyśmy czekając na koniec. Po wszystkim chyba cały personel obecny na sali podszedł do mnie pogratulować, a niektórzy głaskali mnie mówiąc, że byłam bardzo dzielna.

W szpitalu była możliwość wykupienia sali rodzinnej i taką wykupiliśmy na pierwszą noc. Położne były cały czas do mojej dyspozycji. Co 15-30 minut ktoś przychodził pytać czy wszystko dobrze.
Dalsza naturalność szpitala objawiała się tym, że:

* Ada została zmierzona i zważona dopiero po zrobieniu pierwszej kupy,
* Ubranka były szpitalne i były tak słodko babciowe: kaftanik, pielucha, duża flanelowa pielucha na nogi, sweterek, skarpetki i sznureczek szydełkowy,


* Każde dziecko otrzymywało na czas pobytu w szpitalu ręcznie robione paputki,


* na wyposażeniu pokoju była komoda z pieluchami i ubrankami (co wiem nie jest codziennością nawet w prywatnych klinikach; zazwyczaj jest w innym pomieszczeniu), a pieluchy były do wyboru pampersy i wielorazowe (ale nie nowoczesne, tylko też w stylu babciowym, tetra i kawałek flaneli do owinięcia),

*przez cały pobyt w szpitalu Ada nie była myta, pierwszy raz została wykąpana mając 3 tygodnie (wydaje mi się, że w innych szpitalach dzieci myje się pod koniec pobytu),

* dziecko śpi z rodzicem w łóżku (w Polsce w szpitalu, w którym rodziłam był zakaz), ale do dyspozycji są takie oto łóżka, których używaliśmy do przewożenia,


* w normalnych szpitalach na ubezpieczeniu podstawowym maksimum osób na sali to 3, w tym szpitalu to 2, ale jeśli mogą to dają salę na wyłączność, co było bardzo wygodne, pobyć sobie sam na sam z Adencjuszem,

* na szpitalnym korytarzu jest szafa na wazony, które można brać i trzymać w nich kwiaty.

* oczywiście jedzenie, w tym szpitalu gotowane zgodnie z ich zasadami (jak się domyślam antropozoficznymi, bo taki to szpital); sądzę, że w prywatnej klinice może wyglądać nawet lepiej, ale porównując do polskich szpitali...
dziennie pacjent dostaje 5 posiłków - śniadanie, obiad, kolację i z każdym posiłkiem głównym przychodzi też przekąska (ciasto, jogurt, pieczywo itp.)




* dzieci nie są szczepione w szpitalu, ale to już wynika ze szwajcarskiego kalendarza szczepień,

* wychodząc ze szpitala otrzymałyśmy z Adą kartkę pamiątkową podpisaną przez moją lekarkę i położną,

* przy wejściu do szpitala zawsze jest lista dzieci urodzonych w ostatnich dniach

Wspaniałości w szpitalu było więcej; niewykluczone, że będę stopniowo dopisywała jak mi się coś przypomni. I z całą pewnością jeśli miałabym rodzić ponownie, to tylko tam!

środa, 4 maja 2016

Ciąża w Szwajcarii

Jak każdy post, także i ten będzie w oparciu o moje osobiste doświadczenia, które jak sądzę,  zależą od kantonu,  miejscowości,  lekarza i samej ciąży.

Na samym początku usłyszałam od znajomych,  że przed 8 tygodniem ciąży nie ma co umawiać wizyty i tym bym się kierowała gdyby nie fakt,  że ciąża z in vitro rządzi się innymi prawami na początku. Po potwierdzeniu ciąży badaniem beta-HCG,  po kolejnych dwóch tygodniach (czyli w 6 tc) miałam USG w klinice płodności.  Po pomyślnym badaniu,  moje dokumenty zostały przesłane do lekarza,  którego wskazałam jako mojego ginekologa prowadzącego,  u którego umówiłam już normalną wizytę w 8 tc.

Od tego momentu prowadzenie ciąży mojej nie różniło się zasadniczo od innej ciąży fizjologicznej (może jedynie poza potrzebą suplementacji progesteronu do 12 tc i przyjmowania aspiryny cardio do 36 tc).

Mój lekarz przyjął zasadę umówienia na pierwszej wizycie wszystkich wizyt aż do końca ciąży.  Wizyty miałam ustawione co 4/5 tygodni,  w ostatnim miesiącu przerwa miała jedynie 3 tygodnie i na ostatniej wizycie ustalono mi jeszcze dodatkową na 39 tc.  Na każdej wizycie pobierano mi mocz i krew do badania,  ważono oraz wykonywano USG.

Około 30 tc lekarz zazwyczaj pyta czy ma się już jakiś pomysł na to,  w którym szpitalu chce się rodzić.  Po podjęciu decyzji,  lekarz prowadzący wysyła do szpitala zgłoszenie i od tego momentu szpital także kontaktuje się z pacjentem - wysyła formularz przyjęcia do szpitala,  listę rzeczy,  które należy ze sobą zabrać,  formularz zamówienia aktów urodzenia,  kartkę na której należy napisać imiona dziecka (obojga płci nawet jeśli płeć jest nam znana) oraz w moim przypadku folder reklamowy szpitala 😊

Szpitale mają ustalone godziny położnicze,  na które naprawdę warto się umówić.  Położna opowiada o samym porodzie,  odpowiada na nasze pytania,  zbiera listę życzeń i rozwiewa nasze wątpliwości.

W Szwajcarii zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie jedna rzecz,  która spotkała tak mnie jak i moją koleżankę. Mój pierwszy poród zakończył się nagłym, nieplanowanym  cesarskim cięciem (Kraków,  szpital im. Żeromskiego).  Przeżycie to było dla mnje tak wielką traumą,  że psychicznie zbierałam się kilka miesięcy.  Dlatego tym razem zależało mi na tym,  aby urodzić naturalnie.  Około 30 tc mój lekarz wysłał mnie na rezonans magnetyczny miednicy; powiedział,  że być może da nam to też odpowiedź na pytanie dlaczego pierwszy poród nie udał się tak,  jak to sobie zaplanowałam.  Wyniki pokazały,  że moja miednica jest w dwóch miejscach na tyle zwężona,  że jest mało możliwe,  aby glowa dziecka się przecisnęła.  Lekarz powiedział mi wprost,  że mogę próbować naturalnie,  ale na własne ryzyko i że on odmawia asystowania przy porodzie.  Po pierwszym szoku postanowiłam zaufać lekarzowi i podpisałam wszelkie zgody na zabieg.  Myślę,  że świadomość tego,  że nie mam wyboru i że od początku wiem jaki rodzaj porodu mnie czeka,  pozwoli mi uniknąć takiego zjazdu psychicznego jak 6 lat temu.

Lekarz ponownie przesłał do szpitala moje zgłoszenie i zarezerwował salę.  Sam szpital też zareagował natychmiastowo przesyłając mi zmienioną listę rzeczy,  które mam ze sobą zabrać  (np. zniknęły grube skarpety do porodu ;))

Mam jeszcze kilka rzeczy okołociążowych do opisania,  ale ponieważ nie lubię zbyt dlugich postów,  ten zakończę w tym miejscu.  Przy okazji,  życzyłabym sobie, żeby w Polsce lekarze tak odpowiedzialnie i  z troską podchodzili do życzeń pacjenta.

piątek, 11 grudnia 2015

Z dzieckiem do pediatry

I ta sprawa wygląda tutaj trochę inaczej niż w publicznej przychodni w Polsce.
Kiedy wyjechaliśmy z kraju,  Staś miał 11 miesięcy; raz musieliśmy odwiedzić pediatrę ze względu na chorobę i kilka razy w sprawie bilansów.  W przychodni na Kurdwanowie wyglądało to wtedy tak, że trzeba było wstać wcześnie rano,  ustawić się w kolejce do rejestracji i liczyć na to,  że uda się załapać do lekarza.  Jeśli się nie udało,  zostawało zapukanie do gabinetu i spytanie,  czy lekarz mimo to zdoła nas przyjąć.

Tutaj tego problemu nie ma.  Jeśli pojawia się problem (jak np. dziś) dzwonię na recepcję.  Pani zbiera ode mnie szybki wywiad,  mający na celu określenie,  czy sprawa jest pilna,  a jeśli tak -  daje mi termin na ten sam dzień, a jeśli nie (bo np. dotyczy bilansu lub po prostu chciałabym coś z lekarzem  omówić) szukamy najbliższego terminu pasującego obojgu,  ale jednocześnie nie zabierając go tym,  którzy nagle obudzą się z gorączką lub bólem brzucha.
Da się? Da!
Mam nadzieję,  że w Polsce też są przychodnie,  w których umówienie się z lekarzem nie jest drogą przez mękę.

Drugą kwestią, która odróżnia ten system od polskiego jest większe zaufanie do osób pracujących na recepcji,  a tym samym ich większa decyzyjność. Osoby zatrudnione na recepcji nie są pielęgniarkami, a asystentkami medycznymi (szkolenie trwa 3 lata). Kilka razy zdarzyło mi się korzystać z ich porad zamiast zawracać głowę lekarzowi.  Tutaj powiem,  że był to mój wybór; gdybym powiedziała, że chcę wizyty u lekarza,  to bym ją dostała.
Sprawy,  które rozwiązały panie asystentki dotyczyły kolejno:
- owsików (poszłam do przychodni,  powiedziałam,  że nie wiem czy potrzebuję aż lekarza, pani wypytała skąd wiem, że to robaki i jak wyglądają,  po czym dała mi lekarstwo),
- bolącego ucha (Stanisława w nocy zaczęło boleć ucho,  co mu się zdarza przy przeziębieniu,  a paracetamol pomógł tylko na 2h, zadzwoniłam więc rano,  powiedziałam pani jak jest i spytałam,  czy ma może coś mocniejszego.  Powiedziała, które lekarstwo będzie lepsze,  jak dawkować,  że jak podejdę do przychodni, to mi da i kiedy wrócić jeśli nie przejdzie).

Żeby jednak nie było kolorowo.  Także i  w Szwajcarii pediatra to człowiek,  a co za tym idzie,  jeden lepszy,  drugi gorszy.  Bardzo lubię mojego; w naszym przypadku ma bardzo dobrą intuicję i nie ładuje zbędnych leków,  ale jeśli sprawa wygląda poważniej zawsze odsyła do specjalisty.
Ale mam też kilka koleżanek,  które nie były zadowolone ze swojego wyboru. Wydaje się, że szwajcarscy pediatrzy lubią naturę i niektórym wszystko wydaje sie takie naturalne! Przepuklina pępkowa (w Polsce kilkakrotnie potwierdzona przez lekarzy)  tutaj przez jednego została określona,  jako wszystko w porzadku - nic się nie dzieje; dziwne zachowania dziecka (jak się później okazało wymagające odpowiednich terapii)  zostały skwitowane,  że to minie z wiekiem.

Moja rada: nie bać się zmieniać lekarza,  jeśli ciężko nam nawiązać z nim relację,  kiedy nie do końca mu ufamy i myślimy sobie czasem -  "dlaczego pediatrzy moich znajomych zdają się być lepsi?".

czwartek, 10 grudnia 2015

Okres przedświąteczny w naszym przedszkolu

W przedszkolu dzieci również celebrują okres przedświąteczny.  Codziennie inne dziecko dostaje wtedy niespodziankę,  którą może zabrać do domu.
W tym roku,  wylosowane dziecko dowiaduje się,  że jest jego kolej,  kiedy znajdzie w pantoflu gwiazdkę.
A prezent,  który dostaje z tej okazji wygląda tak:


Myjka z sową,  która tymczasowo pełniła rolę worka do którego wrzucone były: świeczka,  herbata świąteczna,  foremka do ciastka i opowiadanie (to na tej zwiniętej kartce).  Prócz tego,  przedszkolak dostawał pierniczka, który jednak nie doczekał sesji zdjęciowej.

Nie mam zdjęcia z zeszłego roku,  ale wtedy wylosowane dziecko brało do domu kosz piknikowy,  w którym były zabawki,  o których wtedy rozmawiali na zajeciach (pluszowy osiołek Elsa,  gęś i chyba świnka),  jakiś słodycz,  świeczka i książka pamiątkowa. Artykuły konsumpcyjne zostawały w domu,  reszta następnego dnia wracała do przedszkola.

A jak jest u Was?


wtorek, 27 października 2015

Korespondencja z przedszkolem

Nie wiem w jaki sposób nauczyciel w Polsce komunikuje się z rodzicami przedszkolaków,  ale spodziewam się,  że może osobiście gdy przyjdą odebrać dziecko?
Ze względu na to,  że w Szwajcarii dzieci same chodzą do/z przedszkola taka forma komunikacji jest utrudniona. W związku z tym dzieci mają "przenośne zindywidualizowane skrzynki pocztowe".  W tym roku nasze skrzynki wyglądają tak:


Kawałek twardej folii zszyty na bokach (trzy warstwy,  pomiędzy pierwszą,  a drugą jest widoczny powyżej obrazek,  a pomiędzy drugą i trzecią kieszeń na pocztę). Na obrazku jest motyl ponieważ w tym roku starszaki są motylami.  Młodsza grupa to dżdżownice i to mają na obrazku. 

Rok temu poczta wyglądała inaczej.  Była zrobiona z pudełka po chipsach Pringles.  Pudełko było zamalowane jakimś kolorem i miało naklejone zwierzątko. Oczywiście,  też było na sznurku. 

A jak to wygląda u Was? 

Co nauczyciele wrzucają do poczty:
- ponieważ rok składa się z pięciu części,  na początku każdej z nich dostajemy kalendarz co czeka dziecko do kolejnych ferii (w kalendarzu są urodziny dzieci,  wyjazdy,  wizyty policjanta,  higienistki,  studentek jak też dni wolne), 
- informacje o atrakcjach organizowanych przez radę rodziców (wykłady,  biegi na orientację,  obserwacje ptaków itp.), 
- listę dzieci wraz z numerami telefonów, 
- informację o tym,  co dawać na drugie śniadanie, 
- informacje o konkretnych wycieczkach (jak ubrać i co spakować dziecku) i atrakcjach (np. pochodach z rzepami,  o czym za tydzień),
- i wiele innych. 

W sprawach indywidualnych nauczyciel najczęściej dzwoni do rodzica. 


poniedziałek, 14 września 2015

Leczenie niepłodności w Szwajcarii

O!
Pomyślałam,  że ten temat może się niektórym przydać,  więc podzielę się moją wiedzą w tym temacie.

Leczenie niepłodności można rozpocząć po upływie jednego roku od rozpoczęcia starań. Dokładnie tak samo jest w UK.  Wynika to z tego,  że statystycznie zakłada się, że nawet zdrowej parze może zejść  trochę czasu.

Jeśli po roku starań nadal nie widać na teście upragnionej drugiej kreski,  należy udać się do swojego ginekologa i zgłosić problem (można też udać się wcześniej, ale najpewniej lekarz poprosi o odczekanie roku). I w tym miejscu powinniśmy zostać potraktowani bardzo poważnie. Jeśli lekarz bagatelizuje,  to może czas rozważyć zmianę ginekologa.
Zazwyczaj w pierwszej kolejności lekarz wysyła mężczyznę na badanie nasienia. Badanie mężczyzny jest krótsze i tańsze,  co nie znaczy,  że kobieta nie jest badana.
Ze zbadaniem kobiety lekarz powinien uwinąć się w jeden cykl,  a badanie będzie obejmowało: hormony z krwi,  przeciwciała różnej maści,  monitoring cyklu,  badanie wrogości śluzu.  Bardzo możliwe też,  że ginekolog postanowi skierować kobietę na HSG czyli badanie drożności jajowodów (na polskich forach można przeczytać, że badanie to miazga i można umrzeć z bólu; w rzeczywistości,  w Szwajcarii podają znieczulenie, nic nie boli i zaraz po można wracać do domu). Czas oczekiwania to nawet i 3 miesiące.

Dalszym krokiem w leczeniu niepłodności będzie skierowanie na IUI,  czyli inseminację. Zazwyczaj wykonują to konkretne ośrodki,  do których czas oczekiwania na wizytę to także kilka miesięcy. Kasa chorych refunduje trzy podejścia do IUI na ciążę. W praktyce oznacza to,  że jeśli np. po drugiej inseminacji ktoś zajdzie w ciążę,  a następnie tą ciążę straci,  to od początku liczą mu się trzy próby. Kasa chorych nie refunduje tego z powietrza. Za każdym razem klinika prowadząca musi sie zwrócić z prośbą o refundację leków,  a kasa chorych zazwyczaj wydaje taką zgodę na rok.

Inseminacja,  czasem skuteczna w ostatecznym rozrachunku nie należy do metod o wysokiej efektywności, dlatego para chcąca mieć dziecko musi się liczyć z propozycją  IVF/ICSI. Dla niektórych decyzja prosta,  dla innych trudna,  nadal nie gwarantuje sukcesu,  choć udawalność ma znaczenie wyższą,  niż inseminacja.

W Zurychu znajduje sie kilka ośrodków leczenia niepłodności wykorzystujących metodę IVF/ICSI. Najtańszy i jednocześnie znienawidzony przeze mnie to ośrodek przy Szpitalu Uniwersyteckim. Kiedy ten temat mnie żywo interesował,  różnica między UniSzpitalem,  a klinikami prywatnymi była znaczna.  Z tego co pamiętam,  dochodziła nawet do 3 000 CHF. Obecnie,  z tego co przed chwilą wyczytałam ceny poszły mocno w górę i wahają się od 5 000 do 7000 CHF,  plus 700 za zamrożenie zapłodnionych komórek i 400 za każdy rok ich przechowywania. Po tej informacji,  z jeszcze bardziej czystym sercem mogę wydać temu miejscu kiepską opinię.

Dla porównania w GynArt ceny wahają się od 6 500 do 8 500 i cena ta obejmuje mrożenie i przechowywanie.

W Szwajcarii dawstwo komórek (też tych zapłodnionych) jest niedopuszczalne.

I wiadomość najważniejsza: Żadna forma IVF nie jest w Szwajcarii refundowana.  Choćby się miało najdroższe i najlepsze ubezpieczenie,  którego wszyscy znajomi by zazdrościli,  te kilka tysięcy musi odpłynąć z konta prywatnego.

Mam nadzieję, że komuś te informacje się przydadzą.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Rozpoczęcie roku szkolnego.

W naszym kantonie rok szkolny rozpoczął się 17. sierpnia.  Wyjątkiem są dzieci z młodszej grupy przedszkolnej,  które zaczynają swoją przygodę dzień później?

Dziwne?
Może tak,  ale ma to swoje uzasadnienie. To rozwiązanie jest ukłonem w stronę rodziców,  których dzieci rozpoczynają: jedno szkołę,  a drugie przedszkole.  Dzięki temu,  jeśli rodzice mają takie życzenie,  mogą odprowadzić wszystkie dzieci w pierwszym dniu nauki (zabawy;)).

To,  że nasze życie wchodzi ponownie w rutynę da się  jednak zauważyć wcześniej dzięki plakatom pojawiającym się nieopodal przejść dla pieszych. Plakaty te (będące akcją TCS lub inicjatywą miejską/szkolną) mają zachęcać kierowców do uważniejszej i ostrożniejszej jazdy.

W tym roku akcja TCS (wspólnie z Policją i bfu)  przebiega pod tytułem "Rad steht,  Kind geht",  co w dosłownym  tłumaczeniu znaczy "koło stoi,  dziecko idzie".  Plakat do tegorocznej akcji wygląda następująco:

Na stronie TCS można też oglądnąć promujący akcję filmik z postaciami Playmobil. Wygląda na to,  że można oglądnąć też tutaj;)  



Sfotografowałam też dwa plakaty będące inicjatywą lokalną. 





czwartek, 30 lipca 2015

Dzień Matki w Szwajcarii

W Szwajcarii,  inaczej niż w Polsce,  Dzień Matki jest świętem ruchomym.   Z zasady obchodzi się go w drugą niedzielę maja.  Z tej okazji dostałam od Stasia taki oto,  zrobiony w przedszkolu,  prezent:



Dokładniejsza inspekcja prowadzi mnie do wniosku,  że do zrobienia tego dzieła wykorzystano:
* metalowy drucik (chyba taki jak do biżuterii),
* koraliki metalowe i drewniane,
* a ta wielka kula jest zrobiona ze zgniecionych kapsułek Nespresso.

Odkąd weszłam w posiadanie tego skarbu,  wisi on na oknie naszej sypialni, no!

piątek, 3 lipca 2015

Waldmorgen z doświadczenia

Jak już kiedyś pisałam dzieci w Szwajcarii chodzą czasami na Waldmorgen (Waldtag) czyli poranek (dzień w lesie).  Różne są zasady uczestnictwa rodziców w przedsięwzięciu - u nas na początku roku była lista do wpisywania się. Zdecydowałam się wziąć byka za rogi w maju.  Oto krótki reportaż.

Inaczej niż zazwyczaj,  Staś nie poszedł do przedszkola sam,  a ze mną.  Ubrani na wyprawę (buty w góry Lowa-polecam,  dlugie spodnie,  czapka na upał)  ruszyliśmy w drogę.  Okazało się,  że to wyjście nie było zwykłą wycieczką,  a celebrowaniem urodzin przedszkolnej pluszowej myszki,  która zostawiała nam na drzewach wskazówki:



Po wykonaniu polecenia,  które mówiło,  że musimy zebrać gałęzie,  liście i kwiaty dotarliśmy na miejsce,  gdzie dzieci musiały skorzystać ze zwoich umiejętności manualnych robiąc myszki z darów lasu i darów przedszkola:



Do zrobienia myszki potrzeba:
szyszkę
kawałek materiału imituajcego futro
sznurek
ciastolinę

Owijamy szyszkę materiałem tak jak nam podpowiada wyobraźnia.  Obowiązujemy sznurkiem,  tak aby jeden koniec zawisal tak jakby był ogonem.  Z ciastoliny robimy uszy i pyszczek.  Oto co wyszło przedszkolakom:



Na kolejnym przystanku trzeba było położyć myszki spać.  Zadaniem dzieci bylo znalezienie kryjówek i schowanie tam swojej myszki po uprzednim zrobieniu jej komfortowych warunków życia (poduszki ze znalezionych liści,  ogródka ze znalezionych kwiatów itd.).

Po pracy przyszedł czas na jedzenie.  Omomom,  były banany z czekoladą prosto z ogniska.  Przepis? Proszę bardzo!

Bierzemy banana i nacinamy go wzdłuż,  wraz ze skórką.  Do nacięcia wkładamy kawałki czekolady.  Mocno owijamy folią aluminiową i wsadzamy w gorący popiół. Po kilku minutach mamy danie godne MasterChefa na talerzu.  Niestety,  nie zrobilam zdjęcia,  bo obsługiwałam dzieci dodatkami.

Mimo że cień lasu rownoważył upał,  większość dzieci nie oparła się pokusie jaką dawał leśny strumień



Jedno jest pewne.  Nie była to moja ostatnia wycieczka do lasu,  o!

A drugie jest pytaniem.  Dlaczego moje przedszkole takie nie było?

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Dalsze życie przedszkolaka

W kończącym się już roku szkolnym wiele przeszliśmy i wiele nas jeszcze czeka.
Wsparcie jakie otrzymujemy od miasta i przedszkola jest przeogromne. Pisałam,  że Staś miał  problemy adaptacyjne.  Problemy niestety są nawet większe,  niż tylko adaptacyjne. 
Mamy dziecko,  które nie umie funkcjonować w grupie,  które rozprasza się jak jest 5 czy 6 osób,  jak dźwięki są za głośne. Nie bierze udziału w zabawach i zajęciach grupowych w przedszkolu.  Zamiast tego stanowczo mówi "nie",  popycha dzieci itp. 

Kilka lat temu pewnie zostałby opatrzony łatką "niegrzeczne dziecko",  ale tu jest inaczej.  Jestem pod wrażeniem tego jak wszyscy próbują się dowiedzieć o co tak naprawdę chodzi. Odrzucono luźno postawioną hipotezę zaburzeń integracji sensorycznej i Zespołu Aspergera. Przydzielono mu za to terapię psychomotoryczną (która koniec końców nie przyniosła spodziewanych rezultatów). 

W przedszkolu panie dały mu osobne miejsce do rysowania,  dzieci ma za plecami,  a przed sobą okno.  Pani posyła mu jedno dziecko do towarzystwa.  Nie jest zmuszany, a kiedy pani widzi, że rysowania ma po kokardki daje mu coś innego.  W szatni dostał najszersze miejsce,  żeby go dzieci nie przytłaczały.  I nadal szukają jak można mu pomóc. Podejrzewają AD(H)D. 

Plan na kolejny,  drugi i ostatni zarazem rok przedszkola jest taki:

- Staś dostaje asystenta do przedszkola (mieliśmy chłopca z ADHD i taki asystent brał go na spacer lub przytulał jak tylko widział,  że Philipp wychodzi już z siebie) 

- zamykamy terapię psychomotoryczną i zaczynamy psychoterapię dla dzieci (plan jest taki,  że kilka spotkań indywidualnych,  a później grupa,  żeby mu choć trochę pomóc w radzeniu sobie z emocjami i sytuacjami wymagającymi kontaktów społecznych) 

- w listopadzie rozmowa i wstępna decyzja czy Staś pójdzie do "normalnej"  szkoły czy do "kleingruppenschule"  (taka instytucja realizująca program nauczania zwykłej szkoły,  ale z klasami szescioosobowymi). 

Póki co tutejszy system w naszej ocenie funkcjonuje perfekcyjnie.  Zgaduję,  że wiele zależy od konkretnego nauczyciela,  ale każdemu życzę takich,  na jakich my trafiliśmy. 

piątek, 31 października 2014

Jak sobie radzi Stanisław w przedszkolu, cz. 2 - adaptacja

Ostatnia rzecz jakiej mogłam się spodziewać to problemy adaptacyjne u Stasia. A jednak, właśnie to nas spotkało. Mimo tego, że chodził do playgroupy, że braliśmy udział w innych zajęciach, że jest dzieckiem bardzo samodzielnym, to przeżył rozpoczęcie przedszkola tragicznie. Zmiana miejsca, dzieci i pań, które się nim opiekują spowodowała chwilowe spustoszenie w moim dziecku.
Od pierwszego dnia zaczął się bardzo jąkać, stał się nerwowy i histeryczny.

Musielismy go wypisać ze świetlicy (którą mu zafundowaliśmy na jeden dzień w tygodniu), bo była to dla niego tak wielka trauma; mimo, że nic się nie działo i sam relacjonował, że wszystko było w porządku.

Byłam przerażona reakcjami Stanisława.

Ale! 
Przedszkole dało mu na ten czas wyśmienitą opiekę i zainteresowanie. Mówił, że dzieci go głaskały i pocieszały. Po konsultacji ze mną pani nauczycielka umówiła nas z logopedą*, w dniu w którym pani z naszego przedszkola szła na wycieczkę z dziećmi starszymi, a młodsze miały ten dzień spędzić w przedszkolu obok, zostałam poproszona, aby też ten dzień spędzić z dziećmi, żeby nie narażać Stasia na dodatkowy stres.

Oczywiście, dzieci są różne. większość dzieci, które znam nie przeżya zmian w aż tak widoczny sposób. I słowo do nowych osadników - nie ma pewności, że w Polsce Wasze dzieci też nie przeżyją zmiany, nie ma pewności, że w Szwajcarii ich to jakoś szczególnie obejdzie. Nie wiem jak jest w Polsce, bo jak wyjeżdżalismy to Staś nadal był bobasem, ale tutaj i ja i Staś otrzymaliśmy bardzo zadowalające wsparcie. Głowa do góry!


*Logopeda u nas w mieście jest przydzielany jeden na szkołę (przedszkole plus szkoła podstawowa). Pani przedszkolanka sama się skontaktowała z logopeda, a ta do nas zadzwoniła i zaprosiłą na spotkanie. Powiedziała, że przed ukończeniem 5 roku życia, od rozpoczęcia jąkania dają sześć miesięcy ąz samo przejdzie. Jeśli po tym czasie nie mija to wysyłają do logopedy, który specjalizuje się właśnie w jąkaniu.


czwartek, 30 października 2014

Jak sobie radzi Stanisław w przedszkolu, cz.1 - języki obce

Nie tak dawno temu, Agnieszka w komentarzu pod jednym przedszkolnym postem poprosiła o osobny post na temat tego jak obecnie Staszek sobie radzi. Ona sama cierpi na samą myśl o przeprowadzce do Szwajcarii, a przecież wszyscy wiemy, że Szwajcaria to nawet udany kraj, a jakakolwiek podróż to nowa przygoda i doświadczenie. 

Sama nie przepadam za długimi postami, więc podzielę może ten post na kilka mniejszych, żeby było łatwiej się skupić na czytaniu i na pisaniu (nie stracę w ten sposób wątku).

Agnieszka pytała czy Staś znał język niemiecki zaczynając przedszkole. I to jest jedno z pytań na które nie znam odpowiedzi. Odkąd skończył 2 lata chodził do lokalnej szwajcarskiej playgroupy, w której jednak szwajcarskie dzieci były w mniejszości, a Staś najbardziej lubił dzieci anglojęzyczne. Efekty był taki, że mówił bardziej po angielsku, niż po niemiecku. Bałam się, klęłam playgroupę, ale z drugiej strony myślałam, że to jest niemożliwe, żeby dziecko w ogóle nie chwyciło niemieckiego; miałam teorię, że on gromadzi tą wiedzę w głowie. I miałam rację (coś podobnego?!). 

Wraz z rozpoczęciem przedszkola Staszkowi rozwiązał się język i nagle potrafi nawiązać ze wszystkimi kontakt. Rozumiem też, że jest sporo ludzi w trochę innej sytuacji, bo przyjeżdżają tu z dzieckiem, które tego języka nie zna, a system edukacji już się o niego dopomina. Ale to też nie jest problem. Małe dzieci języka uczą się bardzo szybko, w zasadzie ten język sam się im uczy. Oczywiście, początki będą pewnie trudne, ale przecież całe życie to orka na ugorze;)

Dla dzieci, które nie znają języka miasto sponsoruje lekcje niemieckiego. Staszek ma takie zajęcia w przedszkolu dwa razy w tygodniu po 45 minut. Raz ma zajęcia popołudniu (4 osoby w grupie), a drugi raz ma je w czasie przedszkola (2 osoby w grupie). Nie są to klasyczne lekcje z siedzeniem w ławce (umówmy się, te dzieci prawie nigdy nie siedzą), a pani nikogo nie bije i nie odpytuje. Przez te 45 minut się bawią - w teatrzyk, pokazywanie części ciała, jakieś gry ze skakaniem, malują, wycinają. Staszek bardzo lubi zajęcia z niemieckiego (nie wiem tylko czy lubi zajęcia czy to, że kończą się o 16.00 i tym sposobem możemy zdążyć na autobus 150 o 16.45).

Znam kilka osób, które przyjechały do Szwajcarii z dzieckiem w wieku przedszkolnym, a nawet i szkolnym i muszę powiedzieć, że żaden z przypadków nie zakończył się klapą, a dzieci dość szybko posiadły umiejętność komunikowania się.

I na koniec coś do poczytania:
- dwa
- trzy

Tymczasem Agnieszko, głowa do góry!
Język dla Twojego dziecka nie będzie pewnie przeszkodą!

wtorek, 28 października 2014

Koszty leczenia w CH i PL

Spotkałem się ze stwierdzeniem, że koszty leczenia w Szwajcarii są większe niż w Polsce, a jakość świadczonych usług równie słaba. Uważam, że druga część wypowiedzi to bzdura, ale ponieważ nie mam konkretnych danych, by ją obalić (poza dowodami anegdotycznymi takimi, że znam lub znałem w Polsce mnóstwo ludzi poszkodowanych przez służbę zdrowia, a w Szwajcarii nie znam żadnego), więc nie będę tą drugą częścią się w tym momencie zajmował.

 Zajmę się za to bzdurą numer 1, czyli twierdzeniem, że mieszkaniec Szwajcarii płaci za leczenie w Szwajcarii więcej niż Polak w Polsce. Proporcjonalnie do zarobków rzecz jasna. Bo to, że w kraju, w którym minimalna realna płaca jest siedem razy większa niż w Polsce, płaci się bezwzględnie więcej za prawie wszystko, to chyba rzecz normalna (choć w istocie nie za wszystko płaci się więcej!).

 Weźmy pod uwagę następujące cztery hipotetyczne osoby:
- osoba zarabiająca mało, chorująca bardzo dużo (nazwijmy ją: chorowity biedak)
- osoba zarabiająca mało, wcale nie chorująca (zdrowy biedak)
- osoba zarabiająca bardzo dużo, chorująca bardzo dużo (chorowity bogacz)
- oraz osoba zarabiająca bardzo dużo, wcale nie chorująca (zdrowy bogacz).

 Teraz ustalmy, co oznacza “zarabiać mało” lub “dużo”. Przyjmijmy, że w Polsce to minimalna płaca, czyli 1680 zł miesięcznie (zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że wiele osób w Polsce zarabia jeszcze mniej…). W Szwajcarii “mało” to 3200 fr miesięcznie. W Szwajcarii nie ma co prawda minimalnej płacy (za wyjątkiem kantonu Neuchatel, gdzie wprowadzą ją od początku 2015 roku i będzie wynosiła 3600 fr.), ale mniej się raczej w normalnych warunkach nie płaci.

 W Polsce bardzo wysoka płaca to pewnie jakieś 30 000 zł. miesięcznie (czyli półtora raza tyle, co zarabia prezydent RP). W Szwajcarii przyjmijmy, że to 37 000 fr. (tyle zarabia członek rządu).

 Wiemy, ile zarabia “biedak” i ile zarabia “bogacz”, więc zastanówmy się. ile wydaje “zdrowy”, a ile “chorowity”.

 W Polsce płaci się 9% przychodu (pomińmy to, że z bliżej niezrozumiałych powodów osoby pracujące na etacie muszą płacić te 9%, a przedsiębiorcy mogą płacić bardziej dowolną kwotę). Zatem 9% z 1680 to około 150 zł, a 9% z 30 000 to 2 700 zł. Do tego dochodzą koszty lekarstw (bo nie wszystkie są refundowane) i koszty wizyt w prywatnych gabinetach (bo nie zawsze lekarz w gabinecie sponsorowanym przez NFZ będzie miał ochotę Cię poważnie potraktować). No i, dla chętnych koszty łapówek ;-) (nie popieram dawania łapówek, ale jest to część polskiego folkloru, więc postanowiłem wymienić). Ustalmy zatem:
- zdrowy biedak płaci 150zł miesięcznie, czyli po prostu te 9%, które płaci w ramach składki.
- chorowity biedak płaci 450 zł miesięcznie (doliczam 150 zł na lekarstwa i 150 zł na wizyty prywatne lub łapówki -- według wyboru ;-)). Wiem doskonale, że 450 zł to nie jest limit absolutny. Limitu absolutnego po prostu nie ma. Ale chciałem przyjąć jakąś rozsądną wartość. 450 zł z 1680 zł to 27% przychodu.
- zdrowy bogacz płaci 2 700 zł (składka), czyli 9%.
- chorowity bogacz płaci 2 700 zł (składka) plus 900 zł (zakładam, że bogacza stać na trzy razy droższe leki i wizyty prywatne lub łapówki -- według wyboru ;-)). Daje to 3 600 zł, czyli 12% przychodu.

 W Szwajcarii człowiek, który praktyczne nie choruje musi płacić 190 fr. składki miesięcznie (ta kwota tak naprawdę zależy od miejsca zamieszkania oraz wieku -- dzieci płacą dużo mniej, ale można te różnice pominąć). Człowiekowi, który choruje dużo opłaca się wykupić droższe ubezpieczenie za około 300 fr. miesięcznie. Do tego trzeba doliczyć maksymalnie 1 000 fr. w skali roku (przy minimalnej kwocie własnej, która obowiązuje, gdy płacimy te 300 fr. miesięcznie), które będzie trzeba wyłożyć w najgorszym możliwym przypadku. Czyli podsumujmy:
- zdrowy biedak 190 / 3200 = 6%
- chorowity biedak (300 * 12 + 1000) / 12 / 3200 = 12%
- zdrowy bogacz 190 / 37 000 = 0,5%
- chorowity bogacz (300 * 12 + 1000) / 12 / 37 000 = 1%

 9% w PL > 6% w CH
27% w PL > 12% w CH
9% w PL > 0,5% w CH
12% w PL > 1% w CH

 Co należało dowieść :-).

 PS: Oczywiście w Szwajcarii można wydawać więcej na leczenie, gdy ktoś ma kaprys kupienia tzw. dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego, które oferuje takie rzeczy jak akupunktura, akupresura, częściowa refundacja okularów i soczewek kontaktowych, prywatną salę w szpitalu i tym podobne bajery, o których raczej w Polsce w ramach ubezpieczenia NFZ można zapomnieć.

 PPS: powyższe rachunki nie obejmują kosztów leczenia dentystycznego. Te koszty są faktycznie horrendalne w Szwajcarii. Dlatego my leczymy nasze zęby w niemieckiej Konstancji jakieś trzy razy taniej, a gdybyśmy byli bardzo zdesperowani, moglibyśmy leczyć w Polsce jakieś 10 razy taniej :).

poniedziałek, 27 października 2014

Czy da się przeżyć w Szwajcarii bez języka niemieckiego?

Takie pytanie ktoś mi ostatnio zadał droga mejlową.
Prawdopodobnie wystarczyłaby odpowiedź "tak", ale moje serce i  umysł chcą się podzielić przemyśleniami.

To, na ile życie bez języka niemieckiego w Szwajcarii może być komfortowe zależy od kilku czynników - gdzie dokładnie mieszkamy, w jakim towarzystwie się obracamy oraz jaka jest nasza znajomość innych języków obcych, zwłaszcza angielskiego.

W dużych miastach i kantonach, gdzie się robi kasę, czyli jednocześnie jest wielu ekspatów język angielski wystarczy, aby nie zginąć. W urzędach, restauracjach, sklepach, szpitalach mówią po angielsku. Im dalej od większego miasta, tym ilość osób, które nie znają angielskiego będzie się zwiększała, ale nie powinno nam to znacząco utrudniać życia. Spodziewam się, że w małych kantonach, gdzie nie ma wielu firm IT/ubezpieczenia/finanse brak niemieckiego może być już dokuczliwy.

Jeśli my lub nasz partner pracuje w dużej korporacji, to prawdopodobnie ma znajomych mówiących po angielsku, a pewnie jego/jej znajomi będą częściowo naszymi znajomymi, więc tutaj brak niemieckiego też nie będzie przeszkodą.

Brak niemieckiego można też zacząć odczuwać jak nasze dziecko zaczyna edukację. Panie przedszkolanki prowadzą zebrania po szwajcarsku (można poprosić, aby było po niemiecku), nie wszystkie też znają angielski*. I dochodzi do tego problem porozumiewania się z innymi rodzicami, którzy przecież angielskiego znać nie muszą.

Rekordzistka, którą znam osobiście, jest Walijką, mieszka tutaj kilkanaście lat i dopiero niedawno zaczęła się uczyć niemieckiego - jej główną motywacją było to, że córka zaczęła szkołę.

Jakiś czas temu tutaj podawałam propozycje jak można uczyć się niemieckiego niewielkim nakładem finansowym.

Teraz mogę jeszcze polecić Duolingo, które jest fajnym dodatkiem do kursów oraz alternatywą dla osób, które z jakiegoś powodu nie mogą chodzić na kurs.


*Ze Stasiem do przedszkola chodzi dziewczynka, której rodzina naukę niemieckiego ma w bardzo głębkokim poważaniu. I wiosną, zanim były przydziały do przedszkoli, wysłali list do dyrekcji z prosbą, aby przydzielić córkę do przedszkola, w którym nauczyciel zna język angielski i voila!

czwartek, 16 października 2014

Tłumacz przysięgły w Szwajcarii (lista)

Choć na razie bedzie to lista jednoosobowa;)

Co jakiś czas na polskim forum na FB wyskakuje ktoś z pytaniem "czy znacie jakiegoś tłumacza przysięgłego?" I wtedy ja się wyrywam do odpowiedzi, bo znam tłumacza, i to nie jakiegoś, ale bardzo dobrego - Beatę Sadziak. I inni ludzie, którzy korzystali z jej usług też ją polecają. I tak znajomość z Beatą zainspirowała mnie to zrobienia listy tłumaczy przysięgłych.
Na razie na liście będzie jedna osoba, ale jeśli ktoś ma uprawnienia i chciałby być dopisany (wszyscy przecież wiedzą, że mój blog jest najbardziej wpływowy w całej blogosferze ;)), to zapraszam do kontaktu. 

TŁUMACZE PRZYSIĘGLI JĘZYKA NIEMIECKIEGO


Kontakt:

POLNISCH & DEUTSCH Beata B. Sadziak 
Seestrasse 110
CH-8802 Kilchberg ZH
076 610 54 40
e-mail: info@tlumaczprzysiegly.ch
www.facebook.com/tlumaczprzysiegly.ch1. Beata Sadziak


piątek, 10 października 2014

Waldmorgen czyli poranek w lesie

Z tego co wiem nie funkcjonuje to we wszystkich przedszkolach,  a czasem tylko zasady są inne.  W naszym przedszkolu dzieci mają Walmorgen raz w miesiącu przez dwa lata przedszkola. Ale mam znajomych,  których dzieci miały poranki w lesie tylko w drugim roku.



Na początku roku dostaliśmy całą instrukcję chodzenia do lasu. W wielkim skrócie zasady są takie:

- las odbywa się niezależnie od pogody (choć jak jest bardzo paskudnie,  to trochę go skracają)
- obowiązuje ubranie wycieczkowe/antykleszczowe
- w zasadach było też,  że dzieci biorą ze sobą jak zawsze do przedszkola drugie śniadanie,  ale po pierwszym wypadzie pani zmieniła zdanie i teraz sama przygotowuje jedzenie  (zupa,  kukus,  jedzenie z ogniska)

Rodzice mogą w takiej wycieczce uczestniczyć.  U nas działa to tak, że we wrześniu była lista,  na którą każdy mógł się wpisać (wpisałam się na maj i lipiec,  to może wtedy dodam jakieś zdjęcia), ale u sąsiadki wystarczy przed wycieczką powiedzieć, że chce się towarzyszyć.

piątek, 12 września 2014

Grüezi mitenand

Mieszkamy na wiosce, choć solidna to wioska. Ma dworzec kolejowy obsługujący pewnie z ponad dziesięć pociągów na godzinę i dworzec autobusowy tak na oko z dziesięć linii. I właśnie te linie (wszystkie, żeby była jasność) upodobał sobie Staś. Codziennie trzeba sprawdzić jedną, a brak możliwości łączy się z wielkim żalem.


I tak wsiedliśmy dziś do 127, a Pan Kierowca włączył swój mikrofon i powiedział: "Grüezi mitenand", czyli niezależne od godziny szwajcarskie powitanie ze słówkiem mitenand, którego używa się gdy wita się więcej, niż  jedną osobę.
I ten Pan, anonimowy kierowca autobusu, zafundował mi dobry humor na całą resztę dnia! 



Oby więcej takich kierowców!

środa, 10 września 2014

Towarzyszki emigrantki

Wypiłam wino, mąż oddaje się królowej lub hetmanowi, a mnie się zrobiło smutno.

Kiedy przyjechałam do Szwajcarii poznałam przypadkiem na forum na gazecie Wiolę. Jesteśmy całkiem różne, a jednak takie same. Nasi mężowie różnią się tylko kolorem wlosów i wykonywanym zawodem (mąż Wioli - Michał jest naukowcem matematykiem, a mój mąż - Michał jest informatykiem), najlepiej wychodziło im wspólne milczenie. A nam...wspołne rozmawianie, gotowanie, planowanie, analizowanie itd. Wiola nigdy nie jest w odpowiednim miejscu ani czasie. Prawie cały pobyt tutaj wiązał się z pragnieniem bycia w Polsce (ten stan nasilał się po powrocie z ojczyzny). Aż nadszedł czas, kiedy musieli wyjechać, a ja poznałam czarną stronę emigracji; płakałam jak tylko ktos spytał o Wiolę. Obecnie Wiola marzy o powrocie do Szwajcarii; mnie to obojętne czy część francuska czy niemiecka.

Przez Wiolę poznałam Olę. Wiola opisała Olę jako czołg, bo Ola zasadniczo mówi co myśli. Lubi wzory cepeliowe i prawie zawsze jest tam, gdzie powinna, gdzie jest potrzebna. Ma nieoceniony zmysł kulinarny, a to co mi pokazała, zostaje ze mną. Pewnego dnia przywaliła tesktem, że muszą wrócić do Polski. Do ostatniej prawie chwili wierzyłam, że coś się odwróci, ale się nie odwróciło. Miałam na przechowaniu kota Oli, a pożegnanie było obustronnie ciężkie.

Jeśli ktoś miałby spełnić moje życzenie, to chcę, aby Wiola i Ola tu wróciły. Jeśli ktoś chce mi czegoś życzyć, to powrotu Wioli i Oli do Szwajcarii. Jeśli ktoś chciałby mi czegoś zazdrościć, to Wioli i Oli. Mam to szczęście, że wszystkie jesteśmy z Krakowa, więc możemy się spotykać za każdym razem jak jestem w Polsce, ale to nigdy nie będzie to samo, chyba, że pewnego dnia tu wrócą, czego sobie i im życzę.